Wstałam gdy Czak przynosił kawałki drewna do jaskini.
-Czak co robisz?- spytałam przecierając oczy. -Postanowiłem, że zrobię kołyski dla maluchów- odrzekł dumny z siebie. -Dobrze, to ty dziś popilnuj maluchów, a ja pójdę na polowanie. Po tych słowach, jak najprędzej popędziłam na łowy. Wbiegłam do lasu. Na pobliskiej łące, którą teraz pokrywał śnieg zobaczyłam stadko saren. -Największa z nich powinna starczyć na cały dzień- pomyślałam oblizując się. Zaczaiłam się w krzakach, czekając na odpowiedni moment. Skradałam się cicho do ofiary, lecz gdy miałam skoczyć rozległ się strzał i sarny zaczęły uciekać w popłochu. Nie chciałam przegapić takiej okazji, więc rzuciłam się za sarną. Wybiegłam poza tereny watahy. W jednej chwili rozległ się huk, a ja padłam. Po chwili zobaczyłam, że kula pistoletu przeleciała na wylot przez moją lewą przednią łapę, łamiąc mi kość i uszkadzając skórę i ścięgna, a potem utkwiła w mojej prawej przedniej łapie, także łamiąc mi łapę. Na kilka minut straciłam przytomność. Gdy się ocknęłam gruby facet ze strzelbą, niósł mnie do samochodu. Zacisnęłam szczęki na jego ręce, po czym puścił mnie. Krew sączyła się z moich obu łap, zostawiając ślady na śniegu. Nagle moim oczom ukazał się wilk na skale, który wył. Człowiek odwrócił się w tamtym kierunku, a ja miałam czas na przeteleportowanie się. Ostatkiem sił przeteleportowałam się na plac główny watahy. Straciłam bardzo dużo krwi. Z wycieńczenia zemdlałam. C.D.N <niech ktoś dokończy> |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz